Od wielu lat w internecie krąży jedna złota zasada: jeśli chcesz kupić kota z hodowli, musisz tam pojechać. Zobaczyć, w jakich warunkach żył twój przyszły pupil, poznać jego rodziców, zobaczyć środowisko, w którym dorastał. I żeby nie było żadnych wątpliwości: całkowicie się z tym zgadzam.
Tyle że w mojej karierze hodowlanej ta zasada przynosiła absolutnie skrajne historie. Byli wspaniali, wymarzeni przyszli opiekunowie, u których wybór kociaka wyglądał jak z podręcznika — przyjeżdżali po konkretnego malucha, a na kolana wchodził im inny, sam podejmując za nich decyzję. Byli też tacy, którzy traktowali wizytę jak darmowe mini-zoo, uprawiając weekendowe wycieczki po okolicznych hodowlach, żeby dzieci miały zajęcie. A zdarzali się i tacy, którzy bez skrępowania kazali sobie pokazywać cały dom, włącznie z naszymi bardzo prywatnymi sypialniami i całym ogrodem.
Tym tekstem otwieram w mrumi dział rozmów. Będą w nim wywiady z ludźmi, którzy pracują z kotami na co dzień — behawiorystami, weterynarzami, dietetykami, ale też z osobami, które po prostu dzielą z kotami dach nad głową, prowadzą domy tymczasowe czy właśnie hodowle. Zaczynam jednak od siebie, bo wypada najpierw samemu odpowiedzieć na pytania, które zamierza się zadawać innym. A pytania mam gotowe od dawna. To te, które słyszałam od ludzi przyjeżdżających po kota — i te, których nie usłyszałam ani razu.
Jak zaczyna się decyzja o posiadaniu kota?
Zacznijmy od początku. Jak wyglądał proces, zanim ktoś w ogóle przekroczył nasz próg? Zaczynało się od odebrania telefonu, pierwszych pytań i ustalenia terminu. A to nie było wcale takie proste. To nigdy nie była piętnastominutowa wizyta, na którą można wpaść przy okazji, tylko spotkanie trwające co najmniej godzinę. Czas, który musiałam zarezerwować dla zupełnie obcych osób. Czas, podczas którego mieliśmy zadecydować, czy będzie to nowa rodzina naszego kociego dziecka. Chciałam mieć przecież pewność, że kociak trafi do odpowiedniej rodziny i będzie dobrze zaopiekowany.
Dopasowanie terminu też bywało wyzwaniem. Hodowla to nie dochodowy biznes, tylko hobby zrodzone z miłości do kotów. Dlatego też wizyty odbywają się pomiędzy normalnym życiem — pracą i codziennymi sprawami. Kocięta musiały być już po drugim szczepieniu. W hodowli nie mogło być w tym czasie innych planowanych zabiegów czy działań weterynaryjnych, które mogłyby wpłynąć na zdrowie lub spadek odporności całego stada. I co ważne: przed wizytą nie biegałam ze ścierką, chowając zużyte drapaki czy przestawiając kuwety. Koty w naszej hodowli po prostu były częścią życia. Uczestniczyły w nim na co dzień, realnie z nami mieszkały i nie znikały w magiczny sposób, gdy dzwonił domofon.
A w którym momencie zaczynałam w ogóle oceniać przyszłego opiekuna?
Dużo wcześniej niż na progu domu. Zaczynałam już przy pierwszej wiadomości lub telefonie. Ponieważ hodowałam koty syberyjskie i neva masquerade, mierzyłyśmy się z mitem „rasy hipoalergicznej". Generowało to bardzo specyficzny rodzaj zapytań. Mnóstwo ludzi dzwoniło lub przyjeżdżało tylko po to, żeby przetestować swoją alergię. Liczyli na cud i wierzyli w internetowe obietnice, że przy tej rasie katar i duszności na pewno się nie pojawią.
Pisano do mnie też mnóstwo wiadomości, począwszy od tych trzysłowowych: „Czy są kotki?", „Ile?", „Dostępne?". I żeby być całkowicie szczerą — inaczej niż większość znanych mi hodowców — wcale nie obrażały mnie pytania o pieniądze. Wiem, że w środowisku hodowlanym pytanie „Po ile ten kot?" często wywołuje święte oburzenie, ale nie u mnie. Uważałam je za całkowicie normalne, mogłam sobie je wytłumaczyć i absolutnie nie skreślało to dla mnie rodziny.
Znacznie gorsze były dla mnie pytania z innej serii: „Czy kot będzie drapał meble?", „Czy będzie dawał się nosić na rękach?" albo „Czy on koniecznie musi być kastrowany?". To one zapalały czerwoną lampkę, a nie pytanie o finanse.
To nie pytanie o cenę mnie niepokoiło. Niepokoiło mnie pytanie, czy kot koniecznie musi być kastrowany.
Co równie ważne, wcale nie skreślał fakt, że ktoś nigdy wcześniej nie miał kota. Do dziś mamy świetny kontakt z ludźmi, dla których nasze maleństwa były absolutnie pierwszymi kotami w życiu. To są wspaniałe domy i dokładnie takich opiekunów życzyłabym każdemu. Miałam jednak do hodowli dość otwarte podejście, dawałam szansę w zasadzie każdemu. Miałam kilka żelaznych zasad i pytań, na których spełnieniu mi zależało — m.in. kot miał być niewychodzący, z zabezpieczonym balkonem i trafiać do kochającej rodziny.
Niestety, rzeczywistość bywa brutalna i jako hodowca nie byłam w stanie sprawdzić wszystkiego. Czasem musiałam po prostu zaufać, a to zaufanie potrafi zawieść. Nie mam tu na myśli samych opiekunów, ale również innych hodowców, do których trafiały nasze koty. W mojej historii są również ci nieuczciwi. Znam od innych hodowców także historie, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Kot w nowym domu ulegał poważnemu wypadkowi — wypadał z niezabezpieczonego balkonu, uszkadzając kręgosłup. A rodziny po jakimś czasie żądały od hodowcy… wydania nowego kota w ramach reklamacji, twierdząc, że zwierzę miało wadę genetyczną, zapominając tylko o „drobnym" szczególe: locie z trzeciego piętra. Mam świadomość tego, że wypadki wszędzie się zdarzają, ale chodzi o zwykłą uczciwość. Czy w takiej sytuacji oddalibyście kolejne kocie dziecko tej rodzinie?
Co najbardziej zaskakiwało mnie w rozmowach na żywo? I co dzieje się później, już po wizycie?
Byli tacy opiekunowie, którzy wydawali się idealnymi kandydatami na nowe rodziny naszych kociaków. Pytali o charakter konkretnego maluszka, zastanawiali się, jak odnajdzie się przy ich starszym kocie-rezydencie, dopytywali o to, czy w naszej linii zdarzały się choroby przewlekłe. Wtedy czułam spokój, miałam poczucie, że kociak będzie miał dobry dom. Chociaż — tak jak pisałam już wyżej — nie był to warunek, który dawałby zupełną pewność, że wybieramy dobrze.
Z drugiej jednak strony rzadko padały pytania o koszty. Wszyscy pytali o cenę kociaka, ale prawie nikt nie zastanawiał się na głos, ile będzie kosztowało utrzymanie kota przez najbliższe piętnaście lat. Kiedy przypominałam (bo o tym informowałam już telefonicznie), że kocię wyjedzie od nas już po zabiegu wczesnej kastracji, niektórzy próbowali jeszcze przesunąć ten zabieg — na przykład na czas po pierwszym miocie kotki.
A co bywało w tych spotkaniach i adopcjach najtrudniejsze? Wcale nie ocenianie, czy wybieramy dobrze, ale powielane mity. Marketing rasy syberyjskiej i neva masquerade opierał się na obietnicy rasy hipoalergicznej. Tylko że to nie jest cała prawda. Bo w rzeczywistości alergia ma bardzo indywidualny charakter, ale o tym przeczytasz we wcześniejszych wpisach. Wiele osób, które na co dzień zmagały się z alergią, decydowało się wziąć kota, bo przecież skoro podczas wizyty w hodowli nie było tak źle, to w domu też będzie w porządku. A to niestety tak nie działa — dawka i czas kontaktu mają tu ogromne znaczenie — i dla hodowcy syberyjczyków i nevek to realne zagrożenie: takie kociaki wracają. I wcale nie chodzi o to, że zwraca się wówczas całą kwotę zakupu kociaka. Czasem, mimo najszczerszych chęci, alergia wygrywa i kot musi wrócić do hodowli. Nauczyłam się przez lata, że nie wolno mieć wtedy pretensji do rodziny, która go oddaje. Zmierzenie się z własnym zdrowiem i decyzja o oddaniu ukochanego zwierzaka to dla nich również dramatycznie trudna i bolesna część całego procesu.
Pamiętam jednak do dzisiaj historię pewnej kobiety, u której po zabraniu kociaka rozwinęła się ogromna alergia. Miała naprawdę poważne objawy, w nocy dochodziło do duszności. Na szczęście ta historia ma dobre zakończenie, ponieważ ostatnią rzeczą, jakiej chciała ta rodzina, było pozbycie się kota. Walczyli, poddali się odczulaniu i ostatecznie wygrali. Kot został z nimi.
Kiedy dzisiaj o tym wszystkim myślę, uświadamiam sobie, że najtrudniejsze w byciu hodowcą wcale nie były porody. Nie zarwane noce, nie odchowywanie maluchów czy szczepienia. Najtrudniejsza była ta matematyka: czterdzieści minut na piętnaście lat. Siedzisz z kimś przy kawie przez godzinę i na podstawie tej jednej, krótkiej rozmowy musisz zdecydować o całym życiu stworzenia, które znasz od jego pierwszego oddechu.
Najtrudniejsza była ta matematyka: czterdzieści minut na piętnaście lat.
Odwróćmy to na koniec. Jeśli jedziesz dziś po kota, na co powinieneś patrzeć?
Na pytania, które zadaje ci hodowca. Jeżeli nie pada żadne, a wy od progu rozmawiacie tylko o zaliczce, to nie jest to uprzejmość ze strony hodowcy, tylko sygnał alarmowy. Zobacz, czy możesz obejrzeć matkę kociąt (kotka ma prawo być szczuplejsza po wykarmieniu miotu, ale nie powinna panicznie bać się ludzi). Sprawdź, czy kocięta wychowują się w normalnym domowym hałasie, z telewizorem i odkurzaczem w tle, czy są chowane w sterylnym, cichym osobnym pokoju. I posłuchaj, czy hodowca potrafi mówić o wadach swojej rasy. Każda rasa ma swoje minusy i dobry hodowca wymieni je szybciej, niż zdążysz o to zapytać.
Dlaczego w takim razie już nie hoduję?
Bo hodowlę przejęła moja siostra i robi to świetnie, to żadna dramatyczna historia. Mnie została w głowie inna perspektywa. Wiem, jak wygląda ta godzina z obu stron drzwi. Wiem, czego szuka hodowca, który je otwiera, i wiem, jak bardzo zagubiony bywa człowiek, który przez nie wchodzi. Dlatego dzisiaj, zamiast hodować, o tym piszę.
Częste pytania
Na co zwrócić uwagę podczas wizyty w hodowli?
Przede wszystkim na pytania, które zadaje ci hodowca. Jeżeli nie pada żadne, a rozmowa od progu dotyczy wyłącznie zaliczki, to nie jest uprzejmość, tylko sygnał alarmowy. Poproś o pokazanie matki kociąt — kotka ma prawo być szczuplejsza po wykarmieniu miotu, ale nie powinna panicznie bać się ludzi. Sprawdź, czy kocięta wychowują się w normalnym domowym hałasie, z telewizorem i odkurzaczem w tle, czy raczej w cichym, osobnym pokoju. I posłuchaj, czy hodowca potrafi mówić o wadach swojej rasy.
Czy hodowca odmówi mi kota, jeśli nigdy wcześniej nie miałem kota?
U mnie brak doświadczenia nie skreślał nikogo. Do dziś mam świetny kontakt z ludźmi, dla których nasze kocię było absolutnie pierwszym kotem w życiu — i to są wspaniałe domy. Miałam natomiast kilka żelaznych zasad, na których spełnieniu mi zależało: kot miał być niewychodzący, balkon zabezpieczony, a rodzina kochająca. Warto założyć, że hodowca będzie o takie rzeczy pytał, i że to dobrze o nim świadczy.
Czy koty syberyjskie i neva masquerade są hipoalergiczne?
To nie jest cała prawda i przez lata był to dla mnie najtrudniejszy element całej pracy. Alergia ma charakter bardzo indywidualny, a fakt, że podczas kilkugodzinnej wizyty w hodowli objawy nie wystąpiły, niczego nie przesądza o codziennym życiu z kotem pod jednym dachem. Dla hodowcy tych ras to realne ryzyko, bo takie kocięta czasem wracają. Jeżeli masz alergię, potraktuj to jako decyzję do omówienia z lekarzem, a nie jako obietnicę rasy.
Czy kocię z hodowli wyjeżdża już wykastrowane?
U nas tak i informowałam o tym już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej. Mimo to zdarzało się, że ktoś próbował jeszcze przesunąć zabieg — na przykład na czas po pierwszym miocie kotki. Wczesna kastracja jest osobnym tematem, któremu poświęciłam oddzielny tekst wraz z danymi.
